Bloog Wirtualna Polska
Są 1 277 263 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

miłość okupiona stratą dywanu

niedziela, 25 grudnia 2016 1:06

Szłam powoli korytarzem. A może bardziej: sunęłam się z wolna jego brzegiem. Osłabiona ciepłą kąpielą, na którą lekarz ani pielęgniarki nie wyraziliby zgody. Gdybym o zgodę zapytała. Ale, gdy po rannym obchodzie zaniechali nawet kroplówki, poczułam się zdrowsza i sprawniejsza. Chociaż  na tyle, by wreszcie się wykąpać.

Więc sunęłam brzegiem korytarza wspierając się o ściany. Aż napotkałam ją. Przeszkodę. Na mojej drodze do wieloosobowej Sali szpitalnej, w której - w tę akurat niedzielę, zostałam wreszcie sama. Przeszkoda siedziała na wózku inwalidzkim, ustawionym bokiem do ściany, skulona w siebie, zaplątana w jakiś nadmiar włosów, płakała.

- Dlaczego płaczesz – zapytałam. Nie zareagowała, więc zapytałam jeszcze raz:

- co się stało? Zawołać pomoc?

- Kto pomoże, poszedł sobie, …cham, teraz..., mieszkanie, samochód… tyle mi zawdzięcza, ja go …kocham, a on …nie, poszedł, tak nie …można, tyle zrobiłam,  a on jest …nieszczęśliwy  – strzelała słowami jak z karabinu – pani pomorze?!

Powinnam ją była minąć. Ale przecież nie mogłam. Nie ja. Bez jakiegoś słowa. Słowa wsparcia. Jakiegoś…

- Wiesz….-zaczęłam słabym głosem - ludzie biorą psy ze schroniska, bo kochają zwierzęta, ratują te porzucone, skrzywdzone, … zabierają do domu, i się opiekują, karmią, leczą, oswajają z …dobrem. No i nadchodzi taki dzień, że psiak merda ogonem, gdy wracają do domu, wychodzi częściej ze swojego legowiska…            w kuchni pod stołem, i takie oznaki daje, że się …przyzwyczaił. I nagle zdarza się, że wychodząc rano, zostawią …otwarte drzwi do pokoju, a piesek …ze szczęścia przecież…poszarpie róg dywanu… I oni wtedy biją go…smyczą, albo kablem od żelazka, pakują …w ten karton spod stołu i oddają do schroniska, bo miał być szczęśliwy… na ich sposób, a nie …swój…

- Co mi tu pani o psach…- spojrzała na mnie i... zemdlała.

Opowiadała później, że „po szpitalu chodzą trupy i gadają z  chorymi, pomyślała, gdy spojrzała”.  Faktycznie było larum. Gdy słabym głosem zaczęłam wołać ratunku, ktoś wezwał pomoc. I zajęli się mną, nie słuchając słabnącego głosu:         - zemdlała….ona…na….wózku…zemdlała….

Zimno - bladą, owiniętą tylko ręcznikiem podtrzymywanym na piersi przeraźliwie posiniaczoną od igieł ręką, stojącą boso – prawie w kałuży krwi sączącej się po nodze z pooperacyjnego szwu na biodrze, bliską omdlenia… zgarnęli sanitariusze i zanieśli te 5 metrów do pokoju. Dostało mi się za tę wycieczkę pod prysznic: nowy wenflon na grubej stalowej igle, kroplówka, która spłynęła we mnie ekspresem       i  bezceremonialna zmiana opatrunku z odkażaniem rany włącznie.

A chciałam tylko dziewczynie powiedzieć, że miłość do drugiego człowieka,           to życzenie mu z całych sił szczęścia, okupionego… nawet stratą dywanu. Albo coś podobnego….


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

okoliczność do picia wina....

sobota, 27 grudnia 2014 17:57

jak to jest z tą miłością niechcianą, niespełnioną, nieszczęśliwą... jakkolwiek zwał, wiadomo,że chodzi o miłość, która się realizować nie może... 

różne ma ona oblicza... raz siedzę i książkę czytam, spłakana po pas tragedią jej bohatera, a gdy oczy zamykam (bo mruganie jest czynnością naturalną) jawi mi się jego oblicze, w sensie bohatera, ale nie książki, tylko własnej miłości niechcianej,       a żeby jawiło się wyraźniej zerkam gdzieś na zdjęcie jegomościa cichaczem ukryte        w telefonie, w komputerze, w kieszeni szlafroka.... otwieram wino, będę piła w samotności, ale zawsze kupuję takie, jakie i on lubi, osobnik z fotografii, znaczy się, żebym tak trochę piła z nim, jeżeli już i tak razem czytamy tę książkę...

sama miłość nie wzięła się znikąd, od stania razem w autobusie przy drzwiach, mamy swoje wino, może je przyniósł, ba - nawet kupił sam, pewnie było miło, gdy je smakowaliśmy, inaczej wcale nie kojarzyłoby się właśnie z nim w chwili relaksu( bądź samokatowania... nazwa własna czynności pozostaje do domówienia, w zależności od nastawienia czytającego), skoro czytam wymyśloną książkową historię, a w wyobraźni rodzą się obrazy z miłością mą niespełnioną w udziale, to sugeruje wyraźnie, że albo coś podobnego, albo skrajnie różnego między nami miejsce miało... oczywiście mogę mieć 13 lat, kochać się w bohaterze książki sajensfikszyn, wyobrażać sobie pasienie koników pony na kolorowych łąkach tęczy, tylko kto mi wtedy to wino sprzedał?          a skoro wino mam, to zachodzi podejrzenie, że wyobraźnia moja na tęczowe obłoki ociężała od wydarzeń z rzeczywistości nie wskoczy....

są wspomnienia, więcej - namacalne dowody (chyba że zdjęcie wycięłam z gazety      z programem tv... ricz forester na przykład...), wszystko pielęgnowane z zaciętością - wino wybrane celowo, szlafrok z kieszenią na zdjęcie zapewne też, to albo za dużo na nieszczęśliwe uczucie, albo masochizm...

i tu niechcący cechy własne owej miłości, niechcianej, niespełnionej i nieszczęśliwej, zaczynam postrzegać jako wątpliwe... będę musiała znaleźć inną ...okoliczność do picia wina ;)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

broda na eurowizji wygrała

poniedziałek, 12 maja 2014 20:57

Eurowizyjny konkurs piosenki europejskiej poruszył ..nieomal ziemię w posadach. Wygrał Conchita Kiełbasa... konia z rzędem temu, kto wymyślił ten twórczy pseudonim. Sama postać Kiełbasy (Wurst) wzbudza najwięcej kontrowersji. "Baba z brodą" i wąsem śpiewała w afekcie, występ był wołaniem do Europejczyków o tolerancję. Drag queens - jako forma transwestytyzmu, to już dzisiaj nie pierwszyzna. Mimo to... Wizerunek sceniczny Conchity, nazwany przez prezentera pewnego informacyjnego programu - obscenicznym, skupił więcej uwagi, niż sam śpiew, który miał w konkursie - przynajmniej tak by się wydawało, największe znaczenie. Kiełbasa zaśpiewał pięknie, czysto, melodyjnie i z sensem, emocjonalnym przesłaniem. Jednak był obsceniczny. Czyli jaki? Jak podpowiada słownik: wulgarny, bezwstydny, sprośny etc.

Nasuwa się pytanie: a jaka była Cleo? Reprezentantka Polski? Stonowana, skromna, przyzwoita...? Nie... Jej "My Słowianie" to naród rubaszny, bezwstydny,  i  zapóźniony znacznie w rozwoju, bo gdzie poza krajami trzeciego świata, pierze się jeszcze na tarze wstawionej w miskę z wodą? W dodatku zamiast wzniosłych muzycznych doznań dostarczała zaledwie atrakcji wizualnych z wyraźnym podtekstem seksualnym. Bo "My Słowianie" zdecydowanie swoje działania poprzedzamy analizą sytuacji przeprowadzaną w partiach ciała od pasa w dół. Od pasa w górę zaledwie piersi znajdowały jeszcze zastosowanie, bo z pewnością nie intelekt.

Tym samym to Cleo - słownikowo, bez uprzedzeń, była obsceniczna. Kiełbasa w długiej, skromnej, przyzwoitej i zarazem urokliwej sukni- jak na międzynarodowy występ przystało, bez przesadnego dekoltu na piersi i bez piersi, przesadził z brodą i wąsami? Nie on jeden nie miał piersi! Byli tacy, którzy mieli ich nawet zbyt wiele. W dodatku nieogolonych też była cała masa. Jedni nawet o wąsach śpiewali w radosnych podskokach, jak gdyby konkurs dotyczył nie umiejętności wokalnych, a  fizycznej sprawności...

Tak czy siak, broda na Eurowizji wygrała... ;)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

list do ojca (cz.I)

sobota, 22 lutego 2014 0:49

Przyjęłam rolę.  Może nie filmową. Nie koniecznie dobrze płatną. W ogóle, niewdzięczną, porzuconą w dodatku przez kogoś innego. Niedopasowany kostium uwierał, pozostawił podrażnione ciało i ducha. Chociaż trudno to sobie wyobrazić, żeby kostium uwierał ducha. A jednak.

We wrześniu skończyłam piętnaście lat. W głowie szalały namiętności. Pierwsza miłość, mimo że nieodwzajemniana, kwitła. Szkoła, wówczas jedna z lepszych, szła. Sama, jakoś tak, z odrobiną wkładu w postaci minimum wysiłku, szła w dodatku do przodu, o dziwo wyznaczonym torem. Puki co. W domu codzienność wikłały problemy finansowe. Tato budżet próbował łatać zagranicznymi wojażami. Mama nadrabiała za dwoje energią i troską. Mleko było, miód też, z własnej pasieki. Sielanka.

Edukowałam się już poza wsią. Co podnosiło status domowy co najmniej o piętro. Samodzielne wyjazdy do miasta nie stanowiły już sporadycznych możliwości popatrzenia na „wielki świat”. Wielki świat chwyciłam „za łeb”, chciałam czy nie. Oczywiście chciałam i dość szybko traktowałam jak rodzinną wieś. W mieście mieszkała rodzina. W tym siostra taty, do której dzwonił, by przekazać jakieś informacje. Na wsi były dwa telefony, jeden u sołtysa, drugi – do dzisiaj nie rozumiem, dlaczego nie u nas. Byłam więc łącznikiem. Po lekcjach jechałam do cioci, by wieści przywieść, lub nawet z tatą przez telefon porozmawiać.

Był grudzień, zbliżała się długa świąteczna przerwa od nauki. W domu rojno, bo była nas piątka, z mamą i dziadkiem na stanie, nie lada brygada. Z misją do wypełnienia zostałam wysłana do telefonu.  Gdy – w odzewie na dzwonek, kuzynka otworzyła mi drzwi mieszkania, zamarła.

 - Kk..asia?

Zdziwiona byłam chyba bardziej od niej. Raczej w rodzinie lubiana, przyjmowana w tym domu z otwartymi ramionami.

- Noo.., ja. Przyjechałam zadzwonić.

Nie zdążyłam jeszcze dobrze odwiesić kurtki, gdy z dużego pokoju wyszedł mi na spotkanie…

- Tato??? Co Ty tu… ja przyjechałam zadzwonić… dlaczego…? –pytania grzęzły w gardle. Między słowami witaliśmy się i ściskali. Ale jakoś tak skrępowani oboje.

- Chodź. Kogoś poznasz.

Weszliśmy z tatą do pokoju. Była ciocia, druga kuzynka, jakaś pani i jakaś dziewczyna. Tato zwróciła się po niemiecku do obcej.

 – To moja najstarsza córka, Kasia – a do mnie – poznaj Gisela i jej córkę Neti.

Był nienaturalny, zachowywał się zbyt głośno, sztuczna oficjalność nie pasowała ani do niego, ani do sytuacji. Z pozoru nie pasowała, w rzeczywistości była dobrą miną do złej gry. Ciocia siedziała ze spuszczoną głową. Tato siedział jak na rozżarzonych węglach. Gisela chłonęłam mnie wzrokiem. A ja?

Wszystko pojęłam w jednej chwili, dotarło do mnie nagle, bez uprzedzenia. Złożyłam rozerwane elementy w jedną nieszczęsną całość.  Tato bywa w domu raz na dwa miesiące. Prawie od roku czasu. Ostatnio spał w salonie, nie w sypialni z mamą. Rodzice prawie nie rozmawiają, to ja załatwiam różne bieżące sprawy między nimi. Przez ciociny telefon. Dziadek prawie się do nas przeprowadził, pomaga na gospodarce.  Mama schudła ostatnio bardzo i ścięła swoje piękne długie włosy.

- …przyjechaliśmy opłacić samochód i od razu wracamy – z nerwowym uśmiechem na twarzy tłumaczył się mój… ojciec.

Pewnie też przybrałam nienaturalny wyraz twarzy. Nie płakałam, nie dociekałam, zapytałam tylko, kiedy przyjedzie do domu, bo mama chciała wiedzieć….

W chwilę zerwali się do wyjazdu. Podałam rękę na pożegnanie, jak obcym ludziom, grzecznie bez zbędnej poufałości. Kobiecie, dziewczynie i ojcu.

Wyszłam niedługo po nich. Jechałam autobusem, miejskim, później podmiejskim i wciąż płakałam. Oszołomiona, nie mogąc zebrać myśli w jakieś konkrety. I wpadłabym do domu taka zapłakana, i wykrzyczałabym mamie, że on tam był, że nie dzwoniłam, że wyjechał z jakąś kobietą, że nie zapytał, co w domu, że… Ale nie mogłam jej tego zrobić. Tej mojej mamie, która tak umiejętnie nadrabiała wszystkie braki, że jedliśmy ten chleb ze swojskim smalcem, rozmawialiśmy z nią o wszystkim i czuliśmy się bezpieczni. Co więcej, szczęśliwi -  mimo spodni z lumpeksu, podręczników z antykwariatu i tanich butów. Wszczepiała w nas wartości ponad telefon komórkowy, markowe dresy naw wf czy karnet do kina. Olbrzymim wysiłkiem budowała nasz rodzinny świat tak, byśmy nie martwili się, tym, na co nie mamy wpływu. I miałam teraz ten świat zburzyć?


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

zwyczaje

sobota, 08 lutego 2014 21:50

Pewien, wiekowy już, bo renesansowy filozof rozważał znaczenie zwyczaju w naszym życiu.  Sugerował, ze właśnie dzięki przyzwyczajeniom „każdy zadowolony jest z miejsca, gdzie go natura umieściła , (…) ponieważ wyssaliśmy je z mlekiem od urodzenia i ponieważ oblicze świata przedstawia się w tej postaci naszemu pierwszemu spojrzeniu, zdaje się nam, żeśmy się zrodzili po to, aby się poruszać w tej kolei”. Do słów Michela de  Montaigne nawiązał Alosza Awdiejew w jednym ze swoich felietonów w „Charakterach”. Uwypuklając jak odmienne i nieraz trudne do pojęcia bywają ludzkie przyzwyczajenia, przestrzega, ze ich zmiana powoduje chaos i niepewność. Więc trwajmy w przyzwyczajeniach?

 

Zwyczaje można mieć przecież różne, nabierane od dziecka, praktykowane  z coraz większym zaangażowaniem przez lata dojrzewania, dorosłości, starości. Niejednokrotnie świadomie i z determinacją! „Bo w mojej rodzinie tak było przez pokolenia…”

 

Tato przynosił mamie kwiaty co sobotę, żeby wyrazić wdzięczność za ciepło domowego ogniska, o które dbała.

 

Gdy kogoś z rodziny dotknął problem, z którym nie był sobie w stanie poradzić, zbieraliśmy się razem, rozważaliśmy możliwości, dzieliliśmy zadania – wiedział, ze nie jest sam.

 

 „Gość w dom, Bóg w dom” mawiało się w moim domu, dwu daniowy obiad czy chleb ze smalcem na stole – drzwi dla innych zawsze stały otworem.

 

Ale co wtedy, gdy…

 

Tato upijał się co sobotę, mawiał, ze to jedyna rozrywka w jego zapracowanym życiu i bił mamę, chyba też w ramach rozrywki.

 

Problemy u mnie w domu każdy przeżywał sam, zamknięty w swoim pokoju, z którego wychodząc przywdziewał maskę obojętnego uśmiechu, jakby to nie była jego sprawa.

 

Próg tak rzadko przekraczał ktoś spoza mieszkańców domu – chyba jedynie lekarz do babci.

 

Wydawałoby się, że łatwo odgadnąć, które przyzwyczajenia warto kultywować i stawać się ich niewolnikami. Ale to tylko by się wydawało, bo -  jak pisze Awdiejew – „najbardziej dziwaczne jest to, że ludzie trzymający się tych obyczajów nie widzą w tym nic nadzwyczajnego”. I tu chyba miejsce na uczciwe zastanowienie się, czy oby moje zwyczaje, od urodzenia wyssane, nie powinny zostać sumiennie przejrzane?


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

wtorek, 23 stycznia 2018

Licznik odwiedzin:  2 495  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O moim bloogu

Z wczoraj, bo to zawsze lepsza perspektywa niż z dzisiaj, a o czym? Będzie różnie, ale niczego nie chciałabym obiecywać. Jak się obieca, to ma się uwiązane ręce, a stopami pisać jeszcze nie umiem, wię...

więcej...

Z wczoraj, bo to zawsze lepsza perspektywa niż z dzisiaj, a o czym? Będzie różnie, ale niczego nie chciałabym obiecywać. Jak się obieca, to ma się uwiązane ręce, a stopami pisać jeszcze nie umiem, więc nie będę rąk wiązała obietnicami...

schowaj...

Kategorie

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione blogi

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Lubię to